Witam

Witam wszystkich na moim pierwszym blogu o Zutarze. Zapraszam do czytania i oceny.

niedziela, 26 kwietnia 2020

Edit na 2020 rok

Rok 2020.

Minęło 8 lat od publikacji pierwszego posta na tym blogu i jeszcze więcej od czasu napisania przeze mnie pierwszego fanfika.
Czuję, jakby to było wieki temu i sama nie wierzę, że tu wróciłam :)

Prawdopodobnie reaktywuję pisanie fanfików, jednak od napisania mojego ostatniego "dzieła" minęło kilka lat, pojawiło się wiele innych rzeczy i nie wiem w jakim stopniu straciłam swoje umiejętności. Cóż, okaże się.

Jak patrzę na szablon tego bloga i czcionki to płaczę ze śmiechu i wracam do dni, kiedy wszystko było prostsze.

Raczej rozpoczęta tutaj historia nie będzie kontynuowana. Ciągnięcie na siłę będzie nużyć zarówno podczas pisania, jak i czytania (o ile ktoś jeszcze by chciał to czytać). Ponadto, przełączając się na Zutarę byłam w wieku, gdzie "bad boye" rządzą i nie można sobie wyobrazić młodszego od siebie partnera. Teraz powracam do paringu Katara - Aang i mam ku temu podstawy.

Ogólnie jestem zwolenniczką podążania za kanonem pisząc fanfiki.

Moją motywacją nie jest pisanie pod publikę, a dla samej siebie. Uświadomiłam sobie, że ta marzycielka sprzed lat powróciła i ma w głowie tyle pomysłów, a pisanie o fikcyjnych postaciach jest dla mnie najłatwiejsze. Ponadto moim nieodłącznym towarzyszem jest stres, nauka, obowiązki i ogólnie wszystko co charakteryzuje osobę 20+. A pisanie, szczególnie o tym co lubię, niesamowicie odpręża i pozwala wyrazić siebie, swoje myśli i swój charakter.

Nie wiem czy powrócę tutaj czy na fanfiction, ale jeśli tutaj to pierwsze co zrobię, to zmienię szablon tej strony - jest okropny :)

Pozdrawiam cieplutko wszystkich, którzy to czytają.

piątek, 8 czerwca 2012

Bezimienny Wędrowiec


Dzisiaj tak na krótko, ale mam nadzieję, że rozdział przypadnie wam do gustu :)

Z nieba lunął gruby deszcz mocząc każdą część mojego ubrania. Buty ze skóry zaczęły już nawet przemakać, co zdarza się dodyć rzadko. Coraz wolniej brnęłam przez ogromne zaspy śniegu, które jak na złośc robiły się jeszcze bardziej twardsze z każdym kolejnym krokiem. Zdyszana i zmarznięta przykucnęłam nad śniegiem i zdjęłam błękitne rękawiczki z prawej dłoni, aby na własnej skórze poczuć chłód śnieżnobiałego pyłu, który oplótł moją wioskę jak gruby sznur. Odwróciłam głowę, aby spojrzeć na wioskę, która była już dość daleko za mną. Nikt jeszcze nie wybrał się dalej, niż poza lodowy mur. Nawet mężczyźni polowali wewnątrz okręgu.
Kiedyś babcia opowiadała mi o człowieku, który kilkanaście lat temu wybrał się na długą wycieczkę, którą nazwał "badawczą". Chciał dowiedzieć się czegoś więcej o kontynencie, na którym żyje, więc sprzeciwil się ludziom, których horyzonty widzenia kończyły się na lśniącym, śniegowym murze. Samotnie wyruszył z małym plecaczkiem, pełnym jedzenia oraz pergaminu do sporządzenia map. Jego marzeniem było stać się sławnym, jako człowiek, który ukazał ciemnogrodowi - czyli naszemu plemieniu, nowe trasy do przebycia. Podobno znaleziono go martwego przy Lodowym Jeziorze, trzymającego w dłoni pióro z zamarzniętym atramentem i narysowaną mapą trasy. Było na niej wiele dziwnych znaków, których znaczenia nie rozpoznano. Jakiś czas później, odnaleziono jego dziennik, w którym opisywał każdy szczegół dnia i nocy spędzonych poza osadą. Ostatnie zdania brzmiały: "Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek zajdę tak daleko. Granica lodu i oceanu, dwóch rzczy pochodzących z wody, tyle że pod inną nazwą i kształtem. Tak blisko, a jednak zbyt daleko od siebie, by połączyć się w całość. Tak samo i ja, blisko życia i śmierci, już czuję jak upływają ze mnie ostatnie cząstki istnienia. Widzę białe światło, które miga jakby chcąc mnie do siebie przywołać. Nie mogę się już dlużej opierać. Ale muszę wspomnieć jeszcze o jednym. Ten ocean jest..."
Nie wiadomo do tej pory, co miał na myśli Bezimienny Wędrowiec, pisząc ostatnie zdanie. Żaden mieszkaniec osady nie jest w stanie rozwikłać zagadki, którą pozostawil po sobie jeden z wielkich ludzi naszego plemienia.
Po śmierci Wędrowca, pochowano go w tym samym miejscu, w którym go znaleziono. Słyszałam, że na grobie postawiono lodową chatkę. Krąży pogłoska, że każdy, kto jest bliski śmierci ujrzy w niej dym wydobywający się z komina i samego Bezimiennego Węrdowca, który jest gotów ulżyć twej niedoli i bezpiecznie zaprowadzić cię do migającego światła, przynoszącego ukojenie przerażonej duszy. I już na zawsze będziesz mógł zamieszkać z nim w chatce, aby wspomagać kolejnych poszukiwaczy przygód.
Zadrżałam na samą myśl o tej historii o jakimś duchu mieszkającym w lodowaj chatce. Dlaczego akurat teraz, gdy jestem na pustkowiu pełnym śniegu, lodu i bieli, muszę przypominać sobie takie opowieści? Mimo, że to tylko bzdurne bajki, teraz zaczęłam się ich bać.
Ręce, mimo że otulone były grubym futrem i skórą, zaczęły przesiąkać panującym wokoło mrozem. Czułam, jak zimnoe wdziera się do każdego zakamarku mojego ciała, drażniąc je i osłabiając. Byłam dość daleko od wioski, więc nie wróciłabym przed nocą, która jest jeszcze mroźniejsza niż dzień. Pozostawało mi tylko iść naprzód w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Potem może zastanowiłabym się nad powrotem do osady. Tylko... po co miałam tam wracać? Seiki nagle zniknął, wraz z całą swoją rodziną. Nikt nie wie, dokąd się udali i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby trzymali coś w sekrecie. Dom rodziny mojego najlepszego przyjaciela stoi opuszczony, gdyż nikt nie ma ochoty w nim zamieszkać. Kto normalny nie skorzystałby z okazji, aby posiąść tak wspaniałą willę i to za darmo? Nawet słyszałam, iż myślano o zburzeniu jej. Lecz nikt nie chce mi wyjaśnić, o co w tym wszystki chodzi.

Po kilku godzinach tułaczki- tak bynajmniej sądzę, iż było to kilka godzin (nie mam jak określić ogólnego czasu, który spędziłam na brnięciu przez śnieżne zaspy), dotarłam na śnieżnobiałe wzgórze. Zapewne wszyscy w osadzie już smacznie śpią. Mniemam, iż jest już dosyć późno, chociaż niebo tego nie ukazuje. Noc Polarna ma się zacząć za kilka dni, więc muszę nacieszyć się jasnym światłem, póki jeszcze mogę. I muszę go dobrze wykorzystać.
Zdyszana, głodna i spragniona, dojrzałam w oddali coś małego, połyskującego ostrym światłem. Wyglądało jak mały domek zbudowany z lodu. Zmrużyłam delikatnie oczy, aby przyjżeć się mu dokładniej. Ku mojemu zaskoczeniu, naprawdę stała tam niewielka chatka z zamrożonej wody. Od razu podskoczyłam na myśl o Bezimiennym Wędrowcu. Czyżby stał tam budynek z opowiadania?
Zaczęłam iść w stronę obiektu, aż moim oczom ukazała się skromna chata. Dumna z mojego osiągnięcia, stanęłam prosto, obserwując to niecodzienne dzieło. Historia o duchu, który tam mieszkał, znów przyprawiła mnie o dreszcze. Mimowolnie spojrzałam w górę i zobzczyłam jasny dym, wydobywający się w malutkiego otworu. Moje źrenice rozszerzyły się, a serce zaczęło bić coraz szybciej. Czyżbym... czyżbym była już bliska śmierci?
Wpatrując się na dach chatki, nawet nie zauważyła, iż nie jestem tam sama. Przede mną stanęła ciemna postać, odziana w kruczoczarny płaszcz. Blada dłoń zmierzała w moim kierunku...

sobota, 19 maja 2012

Niedotrzymane obietnice

    Mała uwaga co do nowego szablonu: na razie nie jest idealny, ale nad nim pracuję :)




    W progu lodowej sali powitał mnie znajomy zapach gulaszu z oceanicznych kunkwat. Mama Seiki’ego świetnie gotowała, czym mój przyjaciel często się chwalił i nieraz zapraszał mnie do siebie na obiad. Jego rodzice byli zawsze bardzo mili i życzliwi, za każdym razem byłam traktowana jako gość honorowy, gdy tylko pojawiałam się w ich domu. Jak to zawsze mówili: „Witamy w naszych skromnych progach”, chociaż skromne one nie były, cała trójka żyła w dostatku i byli oni najbogatszą rodziną w naszej wiosce. Nie wiem, jaki był tego powód, ale babcia ich nienawidziła. Zawsze, gdy przychodziłam do niej w odwiedziny, wylewała na nich cały swój jad i czasami używała obraźliwych słów, w stosunku do nich. Jako przykładna przyjaciółka broniłam rodziny Seiki’ego, lecz babcia zawsze przerywała mi słowami: „Niedługo dojrzysz, jakie bestie w nich drzemią”. Uważałam, że to tylko wymysły starszej kobiety.
       Stanęłam niepewnie na progu, zerkając w głąb sali. Zauważyłam kilka kobiet, stojących przy ozdobionej wstęgami ścianie. Rozmawiały, popijając niebieski płyn z kieliszków, wznosiły toasty na cześć swych mężów, synów, córek, na zdrowie i inne dobra, które pragnęły pojąć.
       Poczułam, jak ktoś bierze mnie pod ramię i ciągnie do środka. Młody mężczyzna, ubrany w tradycyjny strój Plemion Wody, z dziwnym naszyciem na płaszczu w kształcie smoka. Z moich doświadczeń wiedziałam, że nikt nie nosił takiego dodatku.
       - Miałaś tam zamiar zamarznąć? -  zapytał szyderczo znajomy głos. Skierowałam oczy na Seiki’ego i zmrużyłam powieki.
       - Nie mogłeś po prostu mnie zawołać? -  zapytałam, odchodząc do stolika z napojami. Wokół słychać było dźwięki muzyki, którą grali wynajęci przez jego rodziców, Mistrzowie Sztuki Muzycznej. Na to bynajmniej wskazywał zawieszony nad nimi lodowy napis.
       - Wszystkiego najlepszego-  powiedziałam z uśmiechem, unosząc kieliszek do góry. Seiki odwzajemnił mój uśmiech i gdy upił łyk trunku z kieliszka, uchylił się nisko i wyciągnął dłoń.
       - Mogę prosić do tańca?-  spytał.
       Podałam  mu rękę i poszliśmy na sam środek parkietu, co spowodowało u mnie niemałe zakłopotanie. Rzadko tańczyłam, a jeśli już, nie wychodziło mi to za dobrze. Lecz szesnastolatek był dobrym partnerem do tańca. Prowadził mnie znakomicie w rytm muzyki, dzięki czemu zapomniałam o strachu i miałam wrażenie, jakbym unosiła się nad ziemią.
        Po skończonym występie westchnęłam głęboko i spojrzałam na Seiki’ego, który ciężko oddychał. Po chwili jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej.
         - Poczekaj na mnie po balu. Chcę ci coś powiedzieć- szepnął mi do ucha i oddalił się w stronę gości. Dopóki nie zniknął mi z pola widzenia, odprowadzałam go wzrokiem.
         Mam wrażenie, że ten wieczór będzie wyjątkowy. W końcu Seiki od dzisiaj ma szesnaście lat i posiada pełne prawo do zawarcia małżeństwa. Może Keyla miała rację? Jeżeli tak, będę najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.


          Jak obiecałam, po balu, udałam się do drzwi wyjściowych i stanęłam, z niecierpliwością czekając na to, co przyjaciel chciał mi powiedzieć. Ręce i nogi lekko mi drżały i nie potrafiłam uspokoić swoich myśli. Jeszcze nigdy nie byłam tak zdenerwowana; nawet gdy o mało co nie utopiłam się, gdy lód po którym chodziłam załamał się. Mocno trzymałam się kry, swymi delikatnymi dłońmi odzianymi w grube rękawiczki i czekałam na nadchodzącą pomoc.
         W porównaniu ze strachem, który czułam teraz, tamten wydawał się być niczym.
         Po głowie wędrowało mi tylko jedno słowo: „Seiki”. Nie dawało mi spokoju, co zaczęło mnie denerwować, ale także przynosiło ukojenie. Już niedługo podejdzie do mnie, powie tę ważną wiadomość i… jestem niemal pewna, że zmieni ona moje życie; zmieni je na lepsze.


         Westchnęłam głęboko, gdy ostatni goście już opuścili przyjęcie. Czekałam już długo, aż wreszcie w budynku nie było nikogo, prócz dozorcy, który wykorzystując okazję, rozkoszował się trunkami i jedzeniem. Wyglądało to nieco komicznie- wpychał sobie do ust wszystko, co dostało się w jego ręce, jakby bał się, że zaraz wszystko zabiorą. Był tak zajęty jedzeniem, że nawet mnie nie zauważył; jeśli jednak mnie widział, musiał zapewne stwierdzić, że jestem nieszkodliwa i mogę zostać.
         Czas płynął, a ja nadal czekałam na Seiki’ego. Zaczęłam się już niecierpliwić, a nogi uginały się już z bólu. Przykucnęłam oparta o ścianę i ugięłam kolana, ciągnąc je bliżej siebie. W mojej głowie zaczęła panoszyć się myśl, że jednak się nie zjawi. Może był to tylko żart, może zapomniał o spotkaniu, może…
         Może w ogóle nie chciał mi niczego mówić.
         Otarłam słoną łzę i schyliłam niżej głowę.
         -Przyjdzie, przyjdzie, przyjdzie- powtarzałam do siebie, lekko kiwając się w przód i w tył.
         Dobiegł mnie odgłos czyiś kroków. Byłam pewna, że to mój przyjaciel. Poczułam ciepłą dłoń na ramieniu i podniosłam głowę, mając pewność, że ujrzę twarz Seiki’ego. Ale myliłam się.
         Nade mną stała młoda kobieta, ubrana w odświętny strój, którego całe piękno przysłaniał fartuch. Ciemne loki spływały do połowy pleców i wirowały, gdy się nieco poruszyła.
        -Powinnaś iść już do domu- stwierdziła zimnym tonem. Nie był on ani nieprzyjemny, ani miły; był... obojętny.
         -Wiem, ale czekam na kogoś- otarłam ostatnią łzę i wstałam, dzięki czemu byłam na równi ze służącą.
         -Można wiedzieć, na kogo?- zapytała wykrzywiając twarz, co ukazało jej zmarszczki na czole.
         -Na Seiki’ego- powiedziałam szeptem, jakby bojąc się, że zaraz zrobi się niemiło.
         Kobieta wybuchła szyderczym śmiechem, po czym spojrzała na mnie ostrymi jak szkło oczami.
         - Ten dzieciak wyjechał stąd zaraz po rozpoczęciu się balu- wyjaśniła- Nawet lepiej.- dodała odwracając wzrok.- Tak, czy inaczej, nie ma go tutaj i ciebie także nie powinno już być- warknęła wypychając mnie siłą z sali. Próbowałam stawiać opór, lecz bezskutecznie. Dręczyły mnie jej słowa:             „Wyjechał stąd”- tylko tyle zdołało do mnie dotrzeć.
          Jak otumaniona wędrowałam do domu. Mimo, że prowadziła do niego prosta droga, nie mogłam tam dotrzeć. Co róż błądziłam w jakiś zaśnieżonych uliczkach. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w rozgwieżdżone niebo, jakby szukając pocieszenia i jakichkolwiek wyjaśnień. Lecz nie było nic. Jedynie pustka i cisza, którą przerywał mój oddech.
            -Wyjechał- powiedziałam głośno i pobiegłam do swego igloo ze łzami w oczach. Zamknęłam lodowe drzwi od swojego pokoju i uderzyłam pięścią w ścianę.
            Jak mógł mi to zrobić? Co on sobie wyobraża? Nienawidzę go!
            Nigdy mnie nie okłamał, zawsze obiecywał to, co zdoła wypełnić i zawsze to robił. Dzisiaj było inaczej; tej nocy się zmienił. Zmieniło się wszystko, jakby nagle przeniesiono mnie do innego świata.
            Moje życie legło w gruzach. Nie mam już nikogo.


            Niechętnie otworzyłam oczy, z których znów popłynęły stróżki łez moczące moją suknię. Nie miałam pojęcia, kiedy usnęłam. Byłam  tak przejęta wszystkim, co miało miejsce wczoraj, że zapomniałam się przebrać i wykąpać. Teraz wyglądałam jak ostatnie nieszczęście. Nikt nie może zobaczyć mnie w takim stanie.
            Westchnęłam głęboko, próbując pozbyć się dręczących mą głowę myśli. Chciałam zacząć ten dzień optymistycznie; może to, co wczoraj mi powiedziano było nieprawdą? Widać było, że służąca mnie nie lubi, mogła skłamać w sprawie Seiki’ego, aby tylko się mnie pozbyć.
            Uśmiechnęłam się lekko i założyłam codzienne, błękitne ubranie. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły mnie głosy szurania butów o lodową podłogę i skórę fokmorsów. Z pewnością to babcia szykowała już śniadanie, a być może i obiad. Nie miałam zielonego pojęcia, czy jest to wczesny ranek, czy może południe. Nasz świeczkowy odmierzacz czasu stał w jadalni, gdzie wszyscy go widzieli wykonując swe codzienne obowiązki.
             Otworzyłam niepewnie drzwi, które wczoraj doznały ciosów mojej pięści. Były na nich nawet niewielkie zagłębienia, co oznaczało, że byłam niewyobrażalnie wściekła na wszystko, co mnie otaczało- a co najważniejsze, na siebie.
               Powitał mnie ciepły uśmiech babci i średnia miska gulaszu. Ochoczo zabrałam się do jej opróżnienia, gdy napotkałam badawczy wzrok starszej kobiety.
               -O co chodzi?- zapytałam biorąc łyk z miski.
               -Nic ci nie jest?- zapytała spokojnie. Spojrzałam na nią pytająco, a ona westchnęła i usiadła obok mnie, kładąc swą dłoń na mojej.- Wiem, że jest ci ciężko i nie musisz tego ukrywać. Wszyscy mamy świadomość, co miało miejsce wczoraj na balu.- wyjaśniła. Zaczęłam obawiać się najgorszego.- Naprawdę  mi przykro.
               -On… Seiki…- wymamrotałam, jak otumaniona patrząc prosto w jej mroźne oczy- Seiki… nie… nie mógł wyjechać.- wyszeptałam, czując jak łzy już się zbierają w mym oku.
               -Przykro mi- odparła bez żadnego uczucia. W głębi serca wiedziałam, że tak naprawdę wcale nie było jej przykro; od dawna chciała już wypędzić rodzinę Seiki’ego z wioski.
               Ale mimo to, przytuliłam się do niej mocno i zaczęłam szlochać. Kobieta trzymała mnie w ciasnym uścisku, cierpliwie czekając aż sama się odsunę. Za to byłam jej wdzięczna- potrafiła słuchać w milczeniu nawet płaczu.
               Jednak szybko rozpacz odeszła w nicość, pozostawiając uczucie nadziei. Tak! Muszę go odnaleźć.
              Otarłam pospiesznie łzy i spojrzałam na pomarszczoną twarz staruszki przyglądającej się mi troskliwie.
              -Wiesz, gdzie on może być?- zapytałam, zupełnie zapominając o  smutku, który jeszcze chwilę temu był moim jedynym towarzyszem.
               Chwilę czekałam na odpowiedź, jednak niebieskie oczy ciągle się we mnie wpatrywały, jakby za coś przepraszając i błagając, abym o wszystkim zapomniała. Nie, abym zapomniała o Seiki’m.
               Spuściłam oczy i wybiegłam z domu, nie mając na sobie praktycznie nic, prócz sukienki, którą zawsze nosiłam. Trzepotałam się z zimna, lecz dzielnie brnęłam przez śnieg, otulając szczelnie ramionami swe ciało. Nie obchodziło mnie teraz nic. Musiałam zobaczyć mojego najlepszego przyjaciela; zapytać dlaczego mnie opuścił, chociaż zawsze był dla mnie i nigdy nie zostawiał samej w potrzebie. Dlaczego ośmielił się skłamać mi prosto w twarz, a potem zniknąć bez słowa wyjaśnienia. Chciałam dowiedzieć się wszystkiego. Poznać odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania.
                Nie wiedziałam, że powinnam wtedy wziąć się w garść i wrócić do domu. Nie miałam zielonego pojęcia, że ta determinacja przyczyni się do mojej zguby…

czwartek, 19 kwietnia 2012

Wstęp - Zutara

Akcja rozgrywa się w świecie "Awatara", jednak historia bohaterów anime jest nieco inna.

Szczegółów dowiecie się czytając.
Zapraszam serdecznie przeczytania i oceny (jest to mobilizacją do dalszego tworzenia).




Jestem Katara.
Jestem sama.
Nie mam już nikogo.

Moja historia zaczęła się siódmego dnia grudnia. Wtedy to po raz pierwszy ujrzałam światło i radosne uśmiechy rodziców trzymających mnie w objęciach. Jak to możliwe, że ktoś taki jak ja mógł powodować tyle radości u ludzi, którzy nawet mnie nie znali? Każdy, kto miał ze mną jakikolwiek kontakt, uśmiechał się, a wyraz jego twarzy nie zmieniał się przez cały dzień.
Dawałam szczęście; niedługo miałam im je odebrać.
Oni mnie ubiegli.
Postanowili zranić, nim zrobiłam to ja.
Byli w tym bezlitośni.

Mała wioska, spowita jasnym światłem promieni słonecznych, tętniła życiem. W końcu święto wyzbycia się władzy Narodu Ognia nie zdarza się na co dzień. Szesnastego lipca każdy, kto miał jakiekolwiek powiązania z magami ognia, został wygnany na wieczność z naszego świata.
Jak zawsze, tak również tego dnia, pomagałam mamie w przygotowaniu uroczystej kolacji dla gości. Mieli zjawić się tutaj moi dziadkowie, ciocia Yue i kuzyn Heku.
Stanęłam obok matki, ubrana w niebieską sukienkę sięgającą kolan, z koronkową wstążką oplatającą talię i w szmaragdowych bucikach, w dłoniach trzymając zieloną miskę wypełnioną po brzegi surowym ciastem. Musiałam zachowywać się bardzo ostrożnie, gdyż nie chciałam pobrudzić sobie sukienki, którą moja mama szyła tak długo. Włożyła w to wiele serca i wysiłku. Wszystko po to, aby jej sześcioletnia córka stała się najpiękniejszą dziewczynką w całej wiosce.
Mimo, że był to środek lata, u nas nadal znajdowało się pełno lodu i śniegu. Jest to nasze przekleństwo, a zarazem najpiękniejsza rzecz, jakiej ktokolwiek może doświadczyć. Mieszkamy na Biegunie Południowym, z dala od innych wodnych plemion, jesteśmy sami i nic nam nie zagraża. Żyjemy w spokoju i harmonii, której można tylko pozazdrościć. Czasem sama nie wierzę, jaką jestem szczęściarą.
- Podaj mi to, kochanie - powiedziała mama ciepłym głosem i delikatnie chwyciła miskę.
Uśmiechnęłam się i stanęłam na palcach, aby coś zobaczyć. Widziałam, że wsypuje do miski jakieś zioła i miesza je dokładnie. Po paru minutach nogi zaczęły mnie boleć i wróciłam do normalnej pozycji, ale chwilę później ujrzałam, jak mama zanosi ciasto do ustawionego nad ogniskiem płytkiego naczynia. Usiadłam na zwierzęcej skórze i przyglądałam się temu uważnie. Trudno ugotować coś w takich warunkach pogodowych. Nawet w naszym igloo, gdzie wszystkie pokoje wyściełane są skórą fokmorsów, która chroni nas przed zimnem, nadal jest chłodno, lecz dzięki ognisku temperatura podwyższa się. Nie rozumiem, dlaczego babcia tak nie znosi ognia. Jest ciepły i miły, przy nim czuję się bezpiecznie.
- Katara! - usłyszałam znajomy krzyk i odwróciłam głowę w stronę chłopca. Miał na sobie niebieską koszulę i spodnie, a to wszystko okryte płaszczem z grubej skóry.
- Seiki! - ucieszyłam się na jego widok i spojrzałam błagalnie na mamę. Doskonale wiedziała, o co chcę ją poprosić.
- Dobrze, dobrze - uśmiechnęła się - ale wróćcie wcześnie - dodała.
- Dziękuję! - pisnęłam i przytuliłam ją mocno. Wzięłam od niej płaszcz, ubrałam błękitne spodnie i wybiegłam na zewnątrz wraz z moim przyjacielem.
- Chcę ci pokazać nowe miejsce do naszych zabaw - oświadczył dumnym tonem i pociągnął mnie za rękę. Biegł tak szybko, że nie nadążałam i upadłam w biały puch, który przykleił się do mojego ubrania i brązowych włosów. Wtedy uważałam to za zabawne, nie wiedziałam, że za kilka lat coś takiego mnie zgubi.
- A teraz dostaniesz śnieżką! - krzyknęłam i rzuciłam w niego kulą śniegu; trafiła w sam środek jego gęstej czupryny. Niesamowite, jak tak prosta zabawa mogła stać się wspaniałą rozrywką zajmującą cały dzień.

O zachodzie słońca wróciłam do domu, cała w śniegu, ale ciągle uśmiechnięta od ucha do ucha. Mama przywitała mnie serdecznie i szybko zmieniła moje ubranie, nie robiąc mi wyrzutów na temat wyglądu i podartych spodni. Naprawdę ją kochałam.
- Wszyscy na ciebie czekamy – szepnęła, po czym ruszyłyśmy do największego pomieszczenia w naszym igloo. Na ziemi siedzieli już wszyscy moi bliscy.
- Katara. - Ciocia uśmiechnęła się i objęła mnie mocno. Przybyła tutaj aż z Bieguna Północnego. Z tego, co mówił mi tata, jest to bardzo daleko.
- Jedzmy - zaproponowała mama, wnosząc wielką tacę z ciastem i gulaszem, które od razu wypełniły zapachem całe pomieszczenie. Słodki i słony zmieszały się w jedno, tworząc niespodziewanie smakowitą mieszankę. Kilka razy wciągnęłam zapach w nozdrza i z niecierpliwością czekałam, aż mama poda mi moją porcję.
Do późnej nocy objadaliśmy się smakołykami, śmiejąc się i śpiewając tradycyjne piosenki Plemion Wody, ułożone specjalnie na tę wyjątkową okazję.

Kiedy na niebie księżyc nas powita,
Swą moc zbierzemy, do walki pognamy
Odebrać to co nasze, moje i twoje.
Serce mi podpowiada, co mam dziś czynić
Zarówno umysł już o tym wie,
Że księżyc dziś zapowiada szczęśliwą noc,
Która w pamięci utkwi nam na wieki.
Kropla krwi spływa po ramieniu,
Lecz ja wciąż idę na przód, nie czując strachu
Wiem, że ta noc jest niezwykła
A księżyc dodaje otuchy do walki.
Łzy szczęścia spływają z oczu,
Widzimy odchodzące zło
Patrzę na poległych braci,
Dzięki którym żyć mogę wolny.

Doskonale znałam słowa tej pieśni. Gdy tylko nauczyłam się mówić, babcia zaczęła mnie jej uczyć. Chociaż mama twierdziła, że to jeszcze za wcześnie, ja szybko zapamiętałam cały tekst i biegałam po domu, krzycząc jego urywki.

Kilka lat później, ubrana w, jak zwykle, niebieską suknię i płaszcz, siedziałam na lodowej ławeczce, spoglądając na tarzające się w śniegu dzieci. Nie troszczyły się o podarte płaszcze i spodnie, o zabrudzone twarze i mokre włosy. Liczyła się zabawa. Mimo tego, że z dzieciństwa pamiętam niezbyt wiele, to wiem, że bitwa na śnieżki była najlepszą rozrywką pod słońcem.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, gdy wśród tłumu dzieci dostrzegłam znajomą postać. Wysoki brunet podążał w moją stronę.
- Witam panienkę Katarę - ukłonił się nisko z łobuzerskim uśmiechem. Przewróciłam oczami i szturchnęłam go mocno, przez co o mało nie upadł. Usiadł obok mnie i spojrzał mi w twarz.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz na moje urodziny - powiedział. Przesunęłam głowę w jego stronę. Ma brązowe oczy, co jest rzadkością wśród Plemion Wody. Jest silny, wysportowany. Seiki, którego znam, odkąd pamiętam. Mój najlepszy przyjaciel… i nie tylko.
-Jasne - odparłam szczęśliwa. Chciałam porozmawiać z nim trochę, ostatnio był bardzo zabiegany, więc otworzyłam usta, aby coś powiedzieć…
- Muszę iść, zobaczymy się na przyjęciu - oznajmił i przytulił mnie tak lekko, że nawet nie poczułam jego dotyku.
- Tak, na razie – mruknęłam, odwracając głowę.
Życie zawsze robiło mi na złość. Postanowiło zranić mnie tak boleśnie, jak to tylko możliwe. W dniu, kiedy dowiedziałam się o śmierci mamy, czułam się samotna - jak nigdy przedtem. Pomimo że miałam przy sobie ojca, babcię i dziadka, nie czułam się bezpiecznie. Zawsze przebywałam tylko z mamą. Rozmawiałyśmy o wielu sprawach, uwielbiałyśmy plotkować i czasami w tych plotkach pojawiał się nawet Seiki. Nigdy nie sądziłam, jak kruche jest życie, jeżeli jeden głupi krok może decydować o śmierci. Bo tak było w jej przypadku.
Pamiętam to, jakby stało się wczoraj. Bawiłam się z przyjacielem w dwa wrogie państwa, które walczyły o więcej śniegu. Zbudowaliśmy własne forty i rzucaliśmy śnieżkami, próbując trafić w zamek przeciwnika, gdy nagle zjawił się mój tata. Spojrzał na mnie z zatroskaną i smutną miną, widziałam, że w jego oczach pojawiły się łzy. Stało się coś złego.
Pobiegłam z nim do igloo, nie pytając o nic. Czułam, że pytania teraz nic nie dadzą.
Znalazłam się w sypialni rodziców i ujrzałam leżącą tam mamę.
- Jest chora? - zapytałam ojca, mając nadzieję, że chodzi o to. Przeczuwałam już najgorsze, lecz gdy pokiwał tylko przecząco głową i nic nie odpowiedział, a po jego policzkach spływały kolejne łzy, wiedziałam, co się wydarzyło. „To nie może się dziać!” - krzyknęłam w  myślach, zaciskając dłonie w pięści.
- A-ale jak? – spytałam, będąc na skraju płaczu. Ojciec stał przez chwilę nieruchomo, wpatrując się we mnie i szukając właściwych słów.
- Kya od dłuższego czasu chorowała. Nie wiem, co to za choroba, nawet lekarze nie potrafili jej nazwać. Ale często omdlewała i trzeba było zbierać dla niej zioła na lekarstwa. Wiesz już, dlaczego tak długo i często nie było mnie w domu. Dzisiaj… także z nią nikogo nie było. Zemdlała, nie miał kto podać jej lekarstw… - Po ostatnim zdaniu jego głos się załamał. Zaczął łkać, twarz zakrywając dłońmi. Odruchowo podeszłam do niego bliżej i mocno uścisnęłam.
Miałam wtedy zaledwie dziesięć lat.
Teraz mam piętnaście. Ojciec musiał wyjechać, nawet nie racząc poinformować, gdzie i po co. Zabrał ze sobą dziadka, więc zostałam sama z babcią. Ale pozostał jeszcze Seiki. To on jest moim oparciem w trudnych chwilach, moim jedynym pocieszeniem.

Usiadłam na łóżku wyściełanym skórą i sięgnęłam ręką do lodowej półki, na której znajdowały się ubrania poukładane w równe kostki. Na urodziny Seiki’ego wypadałoby założyć coś eleganckiego; ja miałam zaledwie trzy sukienki w niebieskich odcieniach, nadające się tylko do codziennego noszenia. Nie mogłam pokazać się w czymś takim.
Na ratunek przyszła Keyla, niosąc mi piękną, błękitną suknię z diamentowymi zdobieniami przy dekolcie i tuż obok niebieskiej wstążki obejmującej talię. Była bardzo podobna do tej, którą kiedyś uszyła mi mama.
- Tak jak sądziłam. Siedzisz i się zamartwiasz – powiedziała, stojąc w progu, oparta o lodową ścianę. Uśmiechnęłam się lekko i przejechałam dłonią po jedwabnym materiale. - Mój ojciec przywiózł mi ją z Narodu Ognia - szepnęła, upewniając się, że nikt tego nie słyszy. Wydawało mi się to nieco dziwne. Dlaczego pochodzenie sukienki musiało być ukryte?
- Dlaczego szepczesz? - zapytałam.
Dziewczyna spojrzała na mnie, marszcząc brwi.
- Nie gadaj, tylko przymierzaj - nakazała surowym tonem.
Chwyciłam tkaninę i poszłam do łazienki. Wsunęłam na siebie błękitny strój, zawiązałam wstążkę i upewniłam się, że mój naszyjnik znajdował się na miejscu; niebieski, tak jak wszystko, co mam. To jedyna pamiątka, która została mi po mamie. Podarowała mi go na moje dziesiąte urodziny, tuż przed śmiercią.
Otarłam słoną łzę i spojrzałam w lustro. Suknia była wprost cudowna. Przez chwilę nie mogłam oderwać oczu od tej wspaniałej tkaniny i diamentów.
- Dziękuję! - pisnęłam ze szczęścia i przytuliłam mocno przyjaciółkę.
- Może twój książę w końcu zjawi się na białym rumaku, widząc cię tak piękną - powiedziała złośliwie, ale też i z troską. Dbała o mnie, jakby była moją matką. Kochałam ją jak siostrę.